Kwiecień obfitował w masę nowości kosmetycznych (aż sama jestem zaskoczona po podsumowaniu), więc jeżeli ciekawi Was, co tam nowego wpadło w ubiegłym miesiącu, to serdecznie zapraszam. Zaprezentuję również upominki przywiezione z konferencji Meet Beauty.
W kwietniu obyło się bez szczególnych zachcianek, choć żaden z zakupów nie był do końca planowany. Potrzeby wychodziły na bieżąco - kończył mi się olejek Isana (używam do mycia gąbek), więc kupiłam przy najbliższej możliwej okazji. Podobnie z wacikami (dorzucone do koszyka przy okazji zakupów spożywczych w Biedronce). Na antyperspirant i żel pod prysznic miałam kupon -50% w aplikacji Rossmann.
Małe chusteczki antybakteryjne Cleanic kupiłam w dniu wyjazdu na Meet Beauty, na gdyńskim dworcu. Dobrze, że sobie przypomniałam o ich braku - przydały się wielokrotnie! Z kolei chusteczki do demakijażu przydają mi się ostatnio podczas wycieczek rowerowych (aktywna majówka! :)), mogę choć trochę oczyścić buzię i nałożyć nową porcję filtra przeciwsłonecznego. Wiadomo, że nie zastąpi to normalnego mycia, ale w warunkach plenerowych trzeba sobie jakoś radzić, a pół dnia na słońcu bez reaplikacji nie wchodzi w grę :). Puder Babydream w założeniu miał zastąpić talk przed depilacją pastą cukrową, ale miałam już do niej kilka podejść (z przepisów, które "zawsze się udają" - jasne...) i poskutkowało to masą straconego czasu i nerwów. Ale nie zmarnuje się - może kupię jakiegoś gotowca (polecicie coś?), a jeśli nie, to puder przyda się jako zasypka do stóp w sandałkach, balerinach, czy nawet jako suchy szampon. Żel do higieny intymnej Facelle kupiony bo Lactacyd mi się kończy, wygodna pompka ułatwia stosowanie, a w promocji kosztował mniej niż 4 zł.
Skorzystałam z promocji -55% w Rossmannie, choć raczej rozsądnie. W pewnym momencie uznałam, że wszystkie moje ulubione róże do policzków mają już więcej niż dwa lata (!!!), a dwa świeższe nie są do końca moją bajką kolorystyczną i używam ich sporadycznie (jeden bardzo brzoskwiniowy - zostawię, jeden strasznie chłodny, niemal fioletowy - planuję puścić dalej). Postanowiłam zrobić porządek i kupić jeden, ładny róż do codziennego użytku. Padło na Maybelline Pink Amber - myślę, że to był dobry wybór. Ma piękny odcień, dobrze się utrzymuje w ciągu dnia. Jest średnio napigmentowany, muszę go dokładać, ale z drugiej strony - trudno z nim przesadzić, więc na co dzień w sam raz. Drażni mnie jedynie opakowanie, które się rozsuwa (to nie jest zatrzask) i na początku tak z nim walczyłam, że po otwarciu z impetem dziabnęłam wierzch paznokciem... Nie jest to wygodne rozwiązanie. Tusz wodoodporny kupiłam z myślą o nadchodzących cieplejszych dniach - mój poprzedni też jest już stary, a nie widzę sensu wydawania dużej kwoty na tusz, którego i tak nie będę używać codziennie. Eveline Extension Volume Waterproof niestety mocno się grudkuje więc jeszcze nie wiem, czy się polubimy... Pomadkę Lovely K Lips Magic Dessert kupiłam po tym, jak zobaczyłam ją na ustach u Justyny - prezentowała się obłędnie i nie mogłam oderwać wzroku. Jestem zadowolona z zakupu - miałam już pomadkę Lovely (Extra Lasting) i Wibo (Million Dollar) i niestety wylądowały w koszu z powodu nieestetycznej skorupy na ustach. K Lips jest zupełnie inna, nakłada się ładnie cienką warstwą, nie skleja ust i komfortowo się nosi. Nie robi skorupy, wygląda po prostu tak, jak powinna wyglądać!
Jak widać, w kwietniu nie szalałam zakupowo, choć i tak trochę się uzbierało :)
Z uwagi na fakt, że sklep Kontigo nie uczynił NIC, abym mogła zrealizować swoją kartę podarunkową w sklepie online (a obiecywali, że to zrobią!), musiałam wykorzystać ją podczas Meet Beauty w Warszawie. Nie ukrywam, że były to najmniej przyjemne zakupy kosmetyczne ever - 4 dziewczyny, zmęczone po kilku godzinach podróży pociągiem, z ciężkimi walizkami i torbami. Na dworcu centralnym okazało się, że Kontigo nie jest nawet zaznaczone na mapie sklepów, więc nie było wiadomo dokąd iść. Obeszłyśmy cały dworzec, zmęczone i zrezygnowane. Ania zadzwoniła do swojej koleżanki, która robiła tam już zakupy, ale nie oszukujmy się - centralny jest tak duży, że i tak nic nam to nie dało, krążyłyśmy tam mega zagubione. Ja też dzwoniłam do Kontigo, ale nie było łatwo się odnaleźć. W końcu Paulina się od nas odłączyła i poszła na samotne poszukiwania, dzwoniąc po jakimś czasie, że znalazła. Ale kolejny problem - jak się teraz mamy wzajemnie odnaleźć, by pójść tam razem? Był tylko jeden punkt, który wszystkie kojarzyłyśmy - na samym początku dworca... Więc trzeba było się mocno cofnąć, żeby znowu przejść cały dworzec :D Gdy w końcu dotarłam do tego cholernego Kontigo, byłam już tak zmęczona, że nie miałam absolutnie żadnej ochoty na zakupy. Duża część rzeczy, które chciałam kupić, była niedostępna. Przy kasie musiałam czekać chyba z 10 minut na sprawdzenie, czy moja karta podarunkowa jest w ogóle aktywna, Pani musiała iść na zaplecze i trwało to strasznie długo, to też było raczej mało przyjemne dla mnie - takie oczekiwanie, czy zaraz nie będę wszystkiego odnosić na półki z powrotem.
Wzięłam mgiełkę borówkową Biolove (chciałam mango, ale borówkowa fajniejsza :)), maseczkę nawilżającą, ściereczkę bambusową do demakijażu, cielistą kredkę Deborah, kredkę do ust Golden Rose Crayon 11 i maseczkę bananową A'pieu. Dopłaciłam do karty podarunkowej ok. 8 zł, więc nie uwzględniłam tego jako "zakupy", bo teoretycznie nie ja poniosłam ten koszt :)
O ile przyjemniejsze byłyby zakupy, gdybym po prostu dostała kod zniżkowy na określoną kwotę w drogerii online?! Na spokojnie, z wygodnego fotela. Zapłaciłabym za wysyłkę, żaden problem. A takie zakupy na siłę i w zmęczeniu nie były dla mnie żadną przyjemnością. Grunt, że karta została wykorzystana, a teraz nie chcę mieć już z nimi nic wspólnego. Zupełnie nie dbają o swoich klientów.
Z Justyną udało nam się zobaczyć na chwilkę, dosłownie "w locie", bo miałyśmy dla siebie wzajemnie kilka rzeczy do przekazania :) Przygarnęłam niechciany krem do rąk APIS (niestety pachnie baaaardzo sztucznie...), płyn do mycia i dezynfekcji pędzli i gąbek Beauty Cleaner, którego Justyna nie polubiła (ja jak na razie mam dość neutralne podejście) oraz kilka odlewek (żel do mycia twarzy Nature Story, płyn micelarny Vianek, olejek do demakijażu Vianek, woda micelarna Nature Story, tonik hibiskusowy Sylveco)
Z kolei tydzień temu udało nam się spotkać w ulubionym gronie (zabrakło tylko Justyny właśnie :( ale następnym razem się zobaczymy!) i jak zawsze się powymieniałyśmy tym i owym :) Były pogaduchy, pizza - jak zawsze mega sympatycznie, dziewczyny są cudowne i uwielbiam spędzać z nimi czas, tak w pełni na luzie i bez spiny :) Vlog ze spotkania możecie obejrzeć u Pauliny :)
Od Bogusi przygarnęłam balsam regulujący czarszki, podkład Lumene Blur (oba się u Bogusi nie sprawdziły) oraz odsypki cieni glinkowych Annabelle Minerals w odcieniach Cocoa Cup oraz Ice Tea. Od Izy przygarnęłam strasznie dużo! Kilka produktów Delia: żelowy korektor (brązowy), pęsetę, hennę jednoskładnikową i tradycyjną hennę proszkową (brązową), odżywkę w sprayu do włosów Delia Cameleo Liquid Keratin, ale też odlewkę płynu micelarnego L'Oreal, odlewki trzech masek glinkowych L'Oreal, olejku do włosów L'Oreal i paletkę Bell w delikatnych odcieniach. Od Karoliny dostałam krem pod oczy Organique, kredkę do ust Catrice, odlewkę żelu do mycia twarzy Senelle oraz białego korektora Jafra. Od Ani odlewkę maski do włosów Dr Sante z olejem arganowym i keratyną (nie ma to jak dostać odlewkę w pojemniku na mocz od osoby związanej zawodowo z medycyną :D), płynu micelarnego Bielenda zielona herbata i pomadkę So Chic w ładnym odcieniu ciepłego różu z delikatną nutą brzoskwini (fajna na lato, tylko jakościowo te pomadki są takie sobie). Od Pauliny dostałam cień glinkowy Milkshake, którym na miejscu się podzieliłyśmy z dziewczynami :D i odsypkę odcienia Almond Milk. Dzięki tym odsypkom każda z nas ma różne kolory cieni - ja mam teraz sześć, mimo że dostałyśmy po dwa :) A pojemność tych cieni jest ogromna, więc nikomu nie zabraknie :)
W wyniku dwóch wizażowych wymianek przygarnęłam podkład Becca Coverage w odcieniu Shell - kolor ma cudny, choć odrobinkę za ciemny dla mnie, ale ten podkład jest trudny. Trudno się nakłada i... nie należy do najtrwalszych. W moje ręce trafił też NARS Sheer Glow Siberia, który tuż po nałożeniu potrafi wyglądać pięknie, ale... rany, jak on się warzy po całym dniu! Mam nadzieję, że z czasem dojdziemy do porozumienia. Odcień ma boski! Otrzymałam też odlewkę MAC Studio Fix NC10, ale jeszcze nie użyłam :)
Zoila Czasami kosmetycznie wysłała mi przesyłkę z kompresowanymi maseczkami z Hebe, żebym sobie porównała z tymi z AliExpress i dorzuciła jeszcze takie kompresy - również do nasączania :) Wyglądają jak duże waciki kosmetyczne :)
W przesyłce od AVON w tym miesiącu znalazłam Lightboxa (prezent bardzo na czasie!), krem do twarzy ANEW, balsam antycellulitowy AVON Works, krem z filtrem do ciała SPF30 i mgiełkę do ciała marakuja&peonia :). Mgiełka jest cudowna, uwielbiam jej zapach! Nawet teraz się prysnęłam, jak o niej piszę :D. Natomiast reszta kosmetyków raczej powędruje dalej :)
Z Klubu Przyjaciółek Nivea w tym miesiącu przyszedł balsam Protect&Bronze SPF30 z ekstraktem pobudzającym proces opalania. Dla mnie akurat opalenizna jest bardzo niepożądana, używam SPF50+ na twarz (codziennie) i ciało również (jeżeli wiem, że spędzę na słońcu więcej niż pół godziny), więc niestety balsam powędruje dalej. Nie zdążyłam jeszcze zużyć balsamu SPF30 z zeszłego roku (zwykłego, bez aktywatora opalenizny), a teoretycznie powinnam już go z tego powodu wyrzucić. Muszę przyznać, że mimo niższego faktora, chronił bardzo dobrze!
Wkraczam w zakres kosmetyków przywiezionych z Meet Beauty :)
Z Delishe dokonałyśmy małej wymianki, w wyniku czego trafiły do mnie dwa flakony perfum Oriflame, pomada Freedom Ash Brown, przepiękny rozświetlacz Eveline w odcieniu Light (mam Gold, ale Light leży na mnie ładniej) i trzy odlewki :)
Na zdjęciu zaplątał się także olejek pomarańczowy K. Hebda, który podarowała mi Bogusia po wykładach z aromaterapii - można było wziąć jeden dla koleżanki, a mnie te wykłady ominęły (byłam w tym czasie na warsztatach) :)
Na stoisku Pollena Eva otrzymałam termopeeling do ciała (nigdy nie miałam takiego) i serum tonizujące :)
Od marki Neess każda uczestniczka otrzymała pędzel owalny (ja swój już oddałam, bo nie przepadam za takim kształtem), dwa pyłki, bazę peel off (nowość Neess, testuję właśnie po raz pierwszy, ale po tygodniu mam już ubytki na końcówkach, następnym razem postaram się lepiej zabezpieczyć wolne brzegi) i lakier hybrydowy (trafił mi się piękny, głęboki odcień zieleni ♥). Moją uwagę na stoisku marki przykuł pędzel do pudru, bardzo mi się spodobał.
Od marki Bartos Cosmetics otrzymałam krem odmładzający. Jest to z pewnością ciekawa marka, która przykuła uwagę wielu osób, ale ja swój oddałam, bo po prostu moja skóra ma inne potrzeby. Oprawa graficzna kremu i torebki - przepiękna, a dozowanie również ciekawe, bo cała góra kremu (ta biała część) to pompka, pośrodku której znajduje się otwór.
Marka Tołpa wstrzeliła się naprawdę świetnie ze swoimi produktami przekazanymi do testów. Łagodne myjadło do twarzy (żel micelarny do mycia twarzy i oczu), chusteczki nasączone kwasami, peeling enzymatyczny i czarna maska. Wszystko wykorzystam, bardzo trafiona zawartość!
W tej uroczej tubie znalazły się dwa cienie glinkowe (nowość) Annabelle Minerals. Ja dostałam Lemonade i Smoothie, ale od dziewczyn dostałam też odsypki Cocoa Cup, Ice Tea, Almond Milk i pełnowymiarowy Milkshake, więc dzięki naszym wymiankom poznam więcej odcieni :) To jest takie super!
Z warsztatów Natura Siberica wyszłam z uroczą torebeczką, skrywającą krem do ciała modelujący. Robiliśmy własne peelingi cukrowe, więc nie mogło go tu zabraknąć :) Krem raczej powędruje dalej, ale peeling już zużyłam z przyjemnością :)
Uczestniczki z kategorii pielęgnacyjnej otrzymały dodatkowy prezent (pięknie zapakowany) w postaci olejku Bio-Oil o pojemności 25 ml.
Na stoisku marki Roge Cavailles otrzymałam bardzo ładnie pachnący olejek do kąpieli i pod prysznic, zużyję go z przyjemnością.
Od marki Efektima przybyły trzy miniaturki peelingów (szczerze mówiąc gapa ze mnie, myślałam, że to do twarzy, a to do ciała!), serum antycellulitowe i pudrowo-matująca mgiełka w sprayu. Ta mgiełka zrobiła na mnie fantastyczne pierwsze wrażenie i jestem bardzo ciekawa, czy nasza dalsza znajomość będzie równie pozytywna. W skrócie - jest to mgiełka matująca, zawiera w sobie krzemionkę, zaś w buteleczce są takie kuleczki, które ułatwiają rozmieszanie produktu przed rozpyleniem (trzeba bardzo konkretnie wymieszać). Po spryskaniu skóra jest oczywiście mokra (no bo to mgiełka), ale z każdą chwilą robi się coraz bardziej pudrowa i matowa. Nawet, jeżeli chwilę temu była pokryta sebum! Puder w sprayu :D Na co dzień to może nie być najlepszy pomysł, ale raz na jakiś czas? Mega bajer!
Od marki Mediheal wpadły trzy maseczki w płachcie - bardzo mnie ucieszyły, bo ta marka staje się teraz coraz popularniejsza, a maski w płachcie bardzo lubię, tylko cena zwykle mnie przytłacza :)
Od marki O2 Skin otrzymałyśmy krem na noc i krem-żel na dzień. Muszę przyznać, że ta marka akurat mnie nie interesuje zbytnio (ewentualnie żel pod oczy), więc kremy pójdą dalej. Z pomadkami So Chic! zabawna historia, bo mi się trafiła ta czerwono-winna, która powędrowała do Justyny, z kolei różową podarowała mi Paulina, ale to chyba nie był dobry pomysł, bo w świetle dziennym okazało się, że to Barbie róż. A na jednym z poprzednich zdjęć (to wielkie z odlewkami) jest jeszcze trzecia, którą dostałam od Ani (brzoskwiniowy róż) i ją faktycznie będę nosić :D Tylko jakościowo wydaje mi się taka trochę średnia, więc raczej nie na większe wyjścia.
Z Meet Beauty przywiozłam też masę pozytywnej energii, miłe wspomnienia, ogrom wiedzy, nowe, wspaniałe znajomości i piękną statuetkę, która znaczy dla mnie bardzo wiele. Pełną relację przeczytacie tutaj: Meet Beauty 2018 - relacja, nagroda Beauty#2018 :)
W moich zbiorach rotacja jest bardzo duża i jeśli tylko coś mi nie pasuje lub mam za duże zapasy, natychmiast wędruje dalej (oddaję lub się wymieniam), więc również z obecnych nowości nie wszystko zostanie u mnie :)
Coś przykuło Waszą uwagę? :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz